MAGDALENA WÓŁKOWSKA, PATRZYSZ! WIDZISZ?

Zapraszamy od 12 do 28 maja na wystawę plakatów Magdaleny Wółkowskiej

 

„Patrzysz! Widzisz?” to tytuł wystawy plakatów autorstwa Magdaleny Wółkowskiej, którą od 12 maja 2012 r. można oglądać w Galerii przy Automacie, mieszczącej się na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Magdalena Wółkowska (ur. 1986 r. w Działdowie) jest studentką III roku historii sztuki na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych UKSW w Warszawie oraz V roku Prawa na Wydziale Prawa UMK w Toruniu. Na co dzień pracuje w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie.

Prezentowane prace przyporządkowane są do dwóch, odrębnych tematycznie, grup. Są to plakaty informujące o wydarzeniach w Żydowskim Instytucie Historycznym oraz te, w których Autorka koncentruje się na ujęciu własnych przemyśleń, wynikających z doświadczania rzeczywistości.

Obie grupy prac są o tyle odrębne, o ile spełniają odmienne zadania, natomiast różnice znikają, jeśli będziemy patrzeć na nie jako na formy wypowiedzi, mające wspólne źródło – czyli wrażliwość autorki na otaczający ją świat.

Wystawę prezentuje Katarzyna Jachimowicz

KATYŃ

GALERIA PRZY AUTOMACIE
WYDZIAŁ NAUK HISTORYCZNYCH I SPOŁECZNYCH UKSW
ZAPRASZAJĄ NA WYSTAWĘ

„KATYŃ. KŁAMSTWO – MILCZENIE – PRAWDA”

 

BUDYNEK WNHiS, KAMPUS IM. RYSZARDA RUMIANKA

III PIĘTRO

wystawa czynna codziennie od 13 kwietnia do 7 maja

Continue reading

JACEK FRĄCZAK, MID WEST HABITAT

JACEK FRĄCZAK  MID WEST HABITAT
1-25 marca 2012
Wystawę prezentował Bartek Gutowski

Jacek Frączak urodził się 14 lipca 1958 r. Ukończył Wydział Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, dyplom w pracowni doc. Zenona Januszewskiego (1983). Uprawia grafikę warsztatową i projektową, rysunek, fotografię, malarstwo. Zajmuje się dydaktyką artystyczną; wykładowca na Wydziale Sztuki i Projektowania Missouri State University. Autor kilku wystaw indywidualnych w Białymstoku, Berlinie, Gdańsku, Hamburgu, Kopenhadze, Nowym Jorku, Nykobing (Dania), Providence (USA), Rzeszowie, Tarnowie, Warszawie, W latach 80. ubiegłego wieku uczestniczył w ruchu kultury niezależnej. W roku 1989 współtworzył szatę graficzną „Życia Warszawy”. Mieszka w Springfield (USA).

Instalacja „Midwest Habitat” prezentuje architektoniczny krajobraz małomiasteczkowej prowincji Środkowego Zachodu USA. Zgromadzone fotografie opisują specyfikę społecznego pejzażu tej krainy, sposób w jaki ludzie kształtują miejsca swego zamieszkania, zawodowej aktywności, religijnego kultu, rozrywki. Dużo mówią o mentalności, ambicjach, pragnieniach,  wrażliwości estetycznej, rodzaju duchowości  i możliwościach jej mieszkańców.

 

Słowo odautorskie:

Przygotowywany pokaz składa się z fotogramów obrazujących wygląd amerykańskiej prowincji rejonu Środkowego Zachodu. Jest próbą opisu specyfiki społecznego pejzażu tej krainy, poprzez przedstawienie typowych dla niej form architektury.

Sposób, w jaki ludzie kształtują miejsca swego zamieszkiwania, rozrywki, zawodowej aktywności, czy religijnego kultu mówi sporo o ich mentalności, pragnieniach, wrażliwości estetycznej, życiowych priorytetach czy rodzaju duchowości.

Amerykańska kultura masowa z wielkim sukcesem spopularyzowała obrazy dwóch zmitologizowanych krain: Dzikiego Zachodu i Wielkich Miast (głównie Los Angeles, Nowego Jorku i Chicago). O ile świat Westernu jest mitologią czasu minionego, o tyle świat Wielkich Miast to kraina żywa, tyleż mitologiczna, co realnie doświadczana przez tych, którzy w niej żyją, lub ją odwiedzają. Natomiast to, co istnieje i dzieje się pośrodku kontynentu, pomiędzy wyspami Wielkich Miast, nieczęsto trafia do popularnego przekazu filmu czy literatury, które kształtują masowe wyobrażenia o USA na świecie. Świat amerykańskich farm i miasteczek odległych o dziesiątki czy setki mil od większych centrów cywilizacyjnych stanowi natomiast stałą inspirację dla bardziej ambitnej tutejszej literatury czy kina studyjnego. Niekiedy nawet dostrzeganego z wyżyn hollywoodzkich, jak to się stało z zeszłorocznym, pięciokrotnie nominowanym do Oskara, filmem „Winter’s Bone”, powstałym na podstawie opowiadania Daniela Woodrella.

Mieszkając od czterech lat w południowo-zachodnim Missouri, niemal w sercu Midwestu, znalazłem się pośrodku tej właśnie Ameryki, którą wielu zwie Ameryką prawdziwą. Osiadłem w mieście, o którym mówi się, że jest w nim więcej kościołów niż knajp, a na lokalnych szosach nadal spotkać można konne zaprzęgi Amiszów. Przybysza z Europy szokuje drewno jako powszechny budulec: sławetne „tubajfory”, „sajdingi” wszędobylskie (nawet w miastach) drewniane słupy energetycznych i telefonicznych linii przesyłowych. Eleganckie i drogie domy przypominające prowansalskie wille, są jedynie licowane kamieniem lub cegłą, jednak konstrukcyjnie nie różnią się niczym od domów biedaków. Missouri jest jednym z biedniejszych stanów i zaskakująco dużo spotyka się tu ubogich, lub wręcz nędznych domostw. Wiele miasteczek i farm, dla których zniknęły ekonomiczne podstawy, przeistacza się w „ghost towns” lub wegetuje w sposób zdumiewający dla kogoś, kto zna USA jedynie z popularnego przekazu. Jednak w tej arabesce zarówno bogatych (często groteskowych w kształcie) jak i ubogich domostw zobaczyć można coś co jest esencją Ameryki, tak różną od Europy: indywidualizm ludzkich losów, wyborów i fortuny. Taki i tylko taki może być kształt farmy lub miasteczka, na jaki pozwala lokalna ekonomia lub indywidualne zasoby. Nie istnieją żadne federalne czy stanowe fundusze, z których można by było w nieskończoność czerpać dla upiększania lokalnego habitatu.  Tak więc indywidualizm moderowany potrzebami lokalnej społeczności jest tu sprawcą jego rozkwitu bądź upadku.

Stosunek do własnego domostwa jest tu silnie naznaczony poczuciem własnej podmiotowości, nawet (a może zwłaszcza, gdy domostwo skromne, a właściciel prezentuje typ popularnie zwany  „redneck’iem”). Ponieważ w dalszym ciągu etos rodziny jest tu bardzo silny, toteż dom rodzinny często staje się osią świata i prywatną mitologią dla wielu skoligaconych ze sobą osób. Mieszkańcy prowincji Midwestu zwykle są mniej skorzy do migracji niż mieszkańcy wielkich miast, jednak dla tych, dla których zmiana jest koniecznością lub częścią ich tożsamości, popularnymi rozwiązaniami są – nieznany w Europie – dom przewoźny, tzw „mobile home”, przyczepa typu „camper” lub dom–samochód (motor home), popularny zwłaszcza wśród emerytów spędzających lata na Północy (np. Maine) a zimy na Południu (Floryda).

Przez prowincję amerykańską co roku przetacza się ok 1000 tornad. Fakt ten w znaczący sposób determinuje stosunek do własnego habitatu. Wprawdzie nie wszystkie  tornada są tak śmiercionośne jak tegoroczne, jednak wszystkie sieją zniszczenie. Toteż ludzie tu żyjący zdają sobie sprawę z kruchości materialnej własnego domowego świata. I nie rzecz tu w lekkiej technologii budowania: tornado FE5 rozbija murowane domy, co jest jeszcze niebezpieczniejsze dla mieszkańców; tylko zbrojony beton jest w stanie się mu oprzeć. Świadomość przygodności materialnej egzystencji w zderzeniu z potężnymi siłami natury – pospołu z powszechnie praktykowanymi tu odmianami chrześcijańskiej religijności –  tworzy rodzaj dystansu, jaki tutejsi ludzie zachowują wobec dóbr materialnych, w tym własnych domostw. Owszem, gromadzą je, lecz gdy przychodzi czas katastrofy, zwykle nie rozpaczają nad stratą tylko wspólnie biorą się do odbudowy, niekiedy po raz kolejny w życiu. Tak jest też i teraz w Joplin, nieodległym mieście, które znam z zeszłorocznej wycieczki. Tornado, które uderzyło tam 22 maja zostało uznane za jedno z najbardziej śmiercionośnych i niszczycielskich w historii USA. Do tej pory naliczono 153 zabitych i setki rannych, tysiące budynków zniknęły z powierzchni ziemi. Teraz znów tam pojechałem dokumentować widok przekraczający ludzkie wyobrażenie skalą zniszczeń. Ale, będąc tam w 3 tygodnie po tragicznych zdarzeniach, odnalazłem też i sfotografowałem wzruszające dowody dawnego, pionierskiego ducha, z którego Midwest jest znany: nad morzem zgliszcz powiewały wszędzie narodowe flagi, a na resztkach ruin odręczne napisy mówiły o tym, że wszystko się odbuduje, a Bóg jest dobry. Tłumy zorganizowanych wolontariuszy i indywidualni właściciele zrujnowanych posesji czynnie dawali temu dowód.

Gdy, korzystając z wolnych chwil, zacząłem się ponad rok temu włóczyć po najbardziej lokalnych tutejszych drogach, mijając miasteczka i farmy (wsi jakie znamy z Polski tu nie ma: nie było tu wszak feudalizmu) – przypomniałem sobie prowincjonalną Polskę schyłku lat 60-tych, jaką pamiętam z mych dziecięcych wycieczek: krainę, gdzie ludzki indywidualizm starał się – na przekór rzeczywistości – zaznaczać swe istnienie.  Tu w Missouri, prawdziwość przekazu ludzkich zmagań, sukcesów i upadków, zapisana w spękaniach chodników, fakturach elewacji, groteskowych szyldach i dekoracjach witryn sklepowych wydaje mi się znacznie bardziej dosadna i szczera niż jednolicie perfekcyjna powierzchowność wielu bogatszych krain.

Jacek Frączak

 

Mid West Habitat

Na jednym ze zdjęć Jacka Frączaka widzimy wiezionego na lawecie pick-up’a. Stary i zniszczony przypomina nieco samochody znane nam z obrazów Johna Salta. Tylko światło jest zupełnie inne, bliższe raczej takim obrazom jak Pontiac’61Roberta Bechtle. Witryna saloniku fryzjerskiego, ten wyjęty fragment miejskiej ikonografii, jest w pewnej korespondencji z Richarda Estesa Food shop. Klasyczny uliczny bar, wywodzący się z wagonu Pullmana w Orient Expresie, pewnie mógłby również namalować John Baeder, tylko zniknąć z tej kompozycji musieliby ludzie. Dla wszystkich tych malarzy fotografia była ważna. Z jednej strony podejmowali z nią dyskurs, z drugiej była dla nich świadomym punktem wyjścia dla kompozycji malarskiej. Wychodzili poza jej autonomię, podczas gdy dla Jacka Frączaka ważny jest sam kadr fotograficzny. Fragmenty miejskich pejzaży, opustoszałe ulice, rudery… potoczności i codzienności przepełnione nic nie znaczącą sennością. Takimi je mijamy, niechętnie się w nie zagłębiamy, za to chętnie domagamy się by wreszcie je uporządkować. Te banalności są jednak pełnoprawną częścią naszego świata. Fotorealiści szukali w nich pulsu miasta, opisu i ikonografii nowego świata. Ich wycinkowe zatrzymanie, pozornie przypadkowe, było skupieniem się na tym co chwilowe. Jacek Frączak natomiast wydobywa ponadczasowość tych miejsc. Zatrzymuje w kadrze, wyostrza, zmienia sposób ich widzenia. Istotne stają się same w sobie. Dla ich konstruowania ważne jest zwłaszcza pełne napięcia światło, które szczególnych walorów nabiera w nocnych ujęciach, ale również i pustych ulicach skąpanych w ostrym słońcu. To dotknięcie przez światło wyrywa je z oczywistości, podobnie jak przed 150 laty w fotografiach Gustava Le Greya. Fotografie nie odtwarzają tego momentu, one stają się aktem kreacji, kształtują nową mentalną przestrzeń.

 

 

Każda fotografia – pod względem technicznym – budowana jest przez światło i czas. To one nabierają na tych zdjęciach specjalnego, magicznego charakteru. Te fotografie konstytuuje światło. Pojedyncze kadry są skomponowane i przemyślane. Nie ma w nich przypadkowości, tak częstej przy robieniu zdjęć. Jest za to cisza. Ważna teraz, kiedy coraz bardziej przyzwyczajani jesteśmy do krzyku w fotografii. Podsycają go modne internetowe galerie eksponujące setki tysięcy, miliony, a może dziesiątki czy setki milionów zdjęć. Często pojedyncze, wyrwane z kontekstu, nierzadko doskonałe technicznie. Wyraziste, mocne kadry pozbawione zostają dla odbiorcy jakiegokolwiek sensu. Można je skomentować zaznaczając magiczny przycisk „Lubię to!”. I okazuje się, że właściwie niewiele więcej potrafimy o nich powiedzieć. Jest to możliwość krzyku, wyzwolenia - tak o fotografii mówił Henri Cartier-Bresson. Modne wystawy takie jak World Press Photo, modni fotograficy jak Saudek czy Andrzej Dragan przyzwyczajają nas do tego. Zresztą krzyk właściwie od początku towarzyszy fotografii, żeby przypomnieć chociażby Oscara Rejlandera, a po części też i np. topielca Hippolita Bayarda. Jego wszechobecność bywa jednak męcząca, trochę paradoksalnie traci siłę wyrazu. Ucieczka w ciszę jest jednak dla wielu pułapką. Ukazuje bowiem jedynie pustką. U Jacka Frączaka jest ona jednak ważna, bo zmuszająca do dialogu. Przez ciszę dokonuje się narracja.

Forma fotografii nie jest rozpasanym popisem umiejętności manipulowania obrazem. Jest ważna bo świadome nią operowanie konstytuuje te fotografie, nie jesteśmy nią jednak epatowani. Musimy raczej w skupieniu jej poszukiwać. Nie przysłania nam świata, ale go odsłania, wydobywa. Pokazuje jego materialność, ale również pozwala ją przekraczać. Jak sam mówi: Ja w dalszym ciągu fotografuję kamerą. analogową… (Mamiya 645 PRO TL) ale negatywy skanuję i obrabiam cyfrowo. Większość zdjęć jest eksponowana sauté, przypięte szpilkami, tylko delikatnie przyprawione cyfrową obróbką. Autor poszukuje tu efektu zdystansowania się wobec znaczenia materialności przedmiotu.

Jednym z najważniejszych motorów ludzkiego działania jest potrzeba wiedzy, potrzeba zrozumienia. Jej elementem jest eksploracja kosmosu, badanie cząstek elementarnych, archeologiczne wyprawy ale także sztuka. W fotografiach Jacka Frączaka miejsce zaczyna być elementem określającym nas. To już nie jest humanistyczna postawa wynikająca z wiary w podporządkowanie świata człowiekowi. Relacja okazuje się znacznie bardziej wielowątkowa. Przestrzeń, czas ale też i światło te elementy to uchwycone kruszyny ludzkiej egzystencji. Ich uporządkowanie, którego element znajdujemy w fotografiach, jest kreowaniem świata ale i jego recepcją. Dla świata jest bez znaczenia jak jest postrzegany i rozumiany. Dla człowieka jest natomiast kluczowe co z jego doświadczenia potrafi zrozumieć. Będąc w nim obecnym kształtuje swoją przestrzeń życia, przestrzeń obecności. Staje się ona zależna od jego obrazów i jego myślenia. To wobec niej zaczyna określać siebie. Dokonuje jej częściowej recepcji, odkrywając tym samym znaczenie fragmentów otaczających nas miejsc. To właśnie owe wyrwane drobiny naszej percepcji pokazuje nam Jacek Frączak. Myśląc, doświadczając, określając się wobec tych codzienności, odkrywamy siebie. Ich źródło jest niezależne od nas, my jednak doświadczając budujemy nasze rozumienie świata, a przez to naszą w nim świadomą obecność. I chociaż świat pozostaje na to całkowicie obojętnym to jego obrazy są wszystkim co mamy.

 

Bartłomiej Gutowski

ADAM WALASA, LUDZINA

ADAM WALASA LUDZINA
18 stycznia-10 lutego 2012
Wystawę prezentowała Mariola Sztorc

Adam Walasa, LUDZINA to cykl rysunków o człowieku. Lub raczej o jego tkance biologicznej. Mięśnie, kości, skóra, flaki… W sumie sam do końca nie wiem, czemu te wszystkie obrzydliwe wnętrzności uzewnętrzniam w formie rysunków. Nie mają dla mnie symbolicznych znaczeń – serce jest tylko mięśniem pompującym krew, a ucho tylko organem umożliwiającym słyszenie. Bynajmniej nie są metaforami miłości nieszczęśliwej i zasłuchania w śpiew ptaków. Jednak gdy narysuję serce zrośnięte z uchem, do tego dodam fragment nienaturalnie wygiętego kręgosłupa, a wszystkie te elementy zaczną się układać w profil głowy zaczynam odczuwać dreszczyk emocji. Być może jest to tylko makabryczny żart, niestrawny dla tych bardziej wrażliwych jednostek. A może pod panierką czarnej farby kryje się coś więcej niż tylko kotlet z ludzkiego mięsa? Skosztuj. Ludzina może stać się doskonałym uzupełnieniem Twojej diety. Odpowiednio doprawiona linią i plamą z tuszu, podawane na białym papierze jest w stanie połechtać podniebienie lub wywołać torsje.

 

 

ŻYCIE NA WOJNIE 81-83

ŻYCIE NA WOJNIE 81-83
9-31 grudnia 2011
Wystawę prezentowali Zofia Sobolewska, Zofia Łukomska, Dominika Macios, Bartek Gutowski

Celem wystawy było nie tylko upamiętnienie 30 rocznicy stanu wojennego ale także zwrócenie uwagi społeczności akademickiej na te ważne dla naszej historii dni. Dlatego obiekty zaprezentowane na ekspozycji pochodzą z prywatnych zbiorów profesorów i studentów UKSW oraz studentów ASP.

Wydawnictwa drugiego obiegu, znaczki pocztowe, kartki świąteczne, wlepki, fotografie, druki ulotne, transparenty z manifestacji zostały podzielone na pięć grup tematycznych: Solidarność Walcząca, Kościół – polityka, Kultura Niezależna, Bóg Honor Ojczyzna, Wesołych Świąt, PRL na wesoło. Zestawienie obiektów zwraca uwagę na dziewiętnastowieczną tradycję walki o niepodległość Rzeczpospolitej, która powróciła ponownie w latach 80.

ANNA BOGUSIAK, BERLIN – ŁÓDŹ…

ANNA BOGUSIAK, BERLIN – ŁÓDŹ…
9-31 grudnia 2011
Wystawę prezentowała Katarzyna Jachimowicz
katalog

 
- Widzisz?
- Co?
- Tych ludzi, tam, patrz!
- Ann, których ludzi?
- Wiesz to wszystko kwestia patrzenia, a nie widzenia…

Fotografie powstały na przełomie lipca i sierpnia 2011 roku na ulicach Berlina i Łodzi. Europę Zachodnią i Środkową dzieli wiele, od granic geograficznych przez historyczne, aż do politycznych i kulturowych. Czy fotograficzne kadry, stworzone obiektywem, pomimo podziałów i różnic między państwami, posiadają wspólny mianownik? Bez względu na to, czy podróżuję głównymi ulicami wielkich metropolii, czy rzadko uczęszczanymi, bocznymi alejami mniejszych miast, zawsze towarzyszy mi pewne przeświadczenie, które jest dla mnie kolebką reportażu ulicznego, to, że wszystko, co widać, jest kwestią patrzenia. Najprostszą i najtrudniejszą kwestią. Bo żeby to zobaczyć, trzeba się najpierw zatrzymać.

ANNA BOGUSIAK

Urodzona w 1982 roku w Łodzi. Z wykształcenia fizjoterapeutka, terapeutka Integracji Sensorycznej, instruktorka dogoterapii w Stowarzyszeniu Zwierzęta Ludziom. Fotografią zajmuje się od 6 lat. W bogatym portfolio znajdziemy fotografię reportażową z Polski, Anglii i Niemiec. Autorka ma na swoim koncie dwie galerie autorskie. W czerwcu bieżącego roku współtworzyła projekt fotograficzny dla Klubu teatralno-jazzowego na warszawskiej Pradze, przygotowując portrety aktorów Teatru Narodowego. Współpracowała także z zarządem Fundacji Centaurów, tworząc fotografie portretowe ponad dwudziestu członków kadry pedagogicznej.

PIOTR JANOWCZYK

PIOTR JANOWCZYK
29 listopada 2011-15 grudnia 2011
Wystawę prezentowała Magdalena Gutowska

PAMIĘCI

PAMIĘCI
10-22 listopada 2011
Wystawę prezentowała Karolina Godlewska

Wystawa w zasadzie miała być pretekstem do spotkania przed Świętem Niepodległości, takie przyświecało jej założenie. Pokazane zostały na niej zdjęcia zrobione przez młodzież rocznika ′89, ′90 i fotografii zalegających w albumach w domu. Zdjęć robionych przez pokolenie naszych rodziców, często bardzo ciekawych a nie mających wcześniej okazji do zaprezentowania. Wystawa miała być może mniej „biało-czerwona”. To amatorską próba podjęcia tematu, mająca mówić przede wszystkim, że Ojczyzna jest ojczyzną. Nie przez nagromadzenie symboli narodowych pokazująca patriotyzm a przez pamięć, wspomnienia. Z siatki obrazków mówiąca trochę o nas. Stąd też tytuł bo z tych: za pamięci, w pamięci, ku pamięci, z pamięci jesteśmy zbudowani.